Lata świetności i sukcesów ekipy z miasta Beatlesów zdają się odchodzić powoli w zapomnienie. Lada dzień minie już 10. rocznica wspaniałego triumfu Liverpoolu w Lidze Mistrzów. W ubiegłym sezonie The Reds byli o włos od wywalczenia mistrzostwa Anglii. Na finiszu rozgrywek nie wytrzymali jednak tempa i zgubili sporo punktów. Ostatecznie musieli zadowolić się drugim miejscem. Obecny sezon Liverpool może już całkowicie spisać na straty, bowiem jest on pasmem bolesnych upokorzeń, zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej. Z jakich grzechów podczas swojej pracy na Anfield Road będzie rozliczany po sezonie 2014/15 irlandzki szkoleniowiec – Brendan Rodgers?

Pucharowa katastrofa i ligowa przeciętność

The Reds w kwietniu stracili szansę na zdobycie pierwszego trofeum za kadencji Rodgersa, przegrywając sensacyjnie w półfinale Pucharu Anglii z Aston Villą 1:2. Wcześniej – na jesieni, odpadli z kretesem z fazy grupowej Ligi Mistrzów, a na wiosnę błyskawicznie pożegnali się z rozgrywkami Ligi Europy po szokującej porażce w 1/16 finału w rzutach karnych z Besiktasem Stambuł.

Niewiele lepiej wygląda pozycja Liverpoolu w tabeli Premier League. Na 3 kolejki przed końcem The Reds plasują się na 5. miejscu i, zamiast walczyć o kwalifikację do przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów, muszą drżeć o utrzymanie lokaty, która gwarantuje start w Lidze Europy.

Lista grzechów Liverpoolu jest długa. My przedstawiamy 6 głównych:

Nieefektywność

Brak choćby jednego trofeum. Przez 3 lata kadencji Rodgersa Liverpool nie wywalczył ani jednego pucharu. Ostatnim w gablocie klubu jest Puchar Ligi Angielskiej zdobyty jeszcze za czasów Kenny’ego Dalglisha w 2012 roku.

Rozrzutność

Od czerwca 2012 roku The Reds przeznaczyli na nowych piłkarzy zawrotną sumę 212 mln funtów! Olbrzymie nakłady finansowe i sprowadzenie aż 22 nowych graczy nie dało żadnego efektu. Dodatkowo większość zawodników kompletnie nie sprawdziła się na Anfield Road. Do największych niewypałów można zaliczyć dwóch włoskich snajperów – niesfornego Mario Balotellego i Fabio Boriniego, Anglika Rickiego Lamberta czy też Serba Lazara Markovicia.

Skuteczność

Katastrofalna dyspozycja strzelecka Liverpoolu. Jeśli porównamy liczbę bramek zdobytych w lidze w trwającym sezonie z poprzednim, to okaże się, że wskaźnik ten jest o ponad 50 proc. niższy! The Reds mają na koncie zaledwie 49 trafień, a dorobek samych napastników może wołać o pomstę do nieba. W sumie pięciu piłkarzy formacji ofensywnej – Mario Balotelli, Ricky Lambert, Fabio Borini, Daniel Sturridge i Lazar Marković – zdobyli kompromitującą liczbę 10 bramek w Premier League. Dla przypomnienia, w poprzednim sezonie duet Luis Suarez – Daniel Sturridge zaaplikował rywalom aż 52 gole!

Chciwość

Raheem Sterling (7 ligowych goli i aż 10 asyst) to prawdopodobnie najjaśniej świecąca gwiazda mocno rozczarowującego w bieżącym sezonie Liverpoolu. 20-letni Anglik wciąż nie podpisał nowej umowy z klubem i spekuluje się, że przyczyną takiego stanu rzeczy są kwestie finansowe. The Reds zaproponowali skrzydłowemu nowy kontrakt – bagatela 100 tys. funtów tygodniowo. Sam zawodnik odmówił i zażądał 180 tys. Piłkarz nie podjął jeszcze decyzji, czy zostanie na Anfield w przyszłym sezonie, a w wywiadach podkreślał już wielokrotnie, że pieniądze nie są dla niego najważniejsze. Z pewnością nie działa to na korzyść samego gracza. Sterling powinien okazać pokorę i więcej szacunku dla klubu, któremu przecież tak wiele zawdzięcza.

Zależność

W zeszłym sezonie Liverpool momentami porywał swoją grą i liczył się w walce o mistrzostwo Anglii dzięki Luisowi Suarezowi (zdobył aż 31 goli i zaliczył 12 asyst) oraz Danielowi Sturridge’owi (21 bramek). Urugwajczyk został przed początkiem bieżącego sezonu sprzedany do Barcelony za astronomiczną kwotę 80 mln euro, natomiast Anglik stracił niemal cały sezon w gabinetach lekarskich i na murawie pojawił się zaledwie 12 razy. Odejście Suareza i notoryczne kontuzje Sturridge odbiły się na formie The Reds. Ekipa z Anfield Road w swoich szeregach nie ma w tej chwili napastnika, który strzeliłby co najmniej 20 ligowych goli i priorytetem powinno być znalezienie przed kolejnymi rozgrywkami następcy genialnego Urugwajczyka.

Steven Gerrard gra ostatni sezon w barwach Liverpoolu.
źródło: oficjalny fanpage Liverpoolu na Facebooku, https://www.facebook.com/LiverpoolFC/photos_stream
Słabość

Ponadto w kiepskiej formie jest ikona The Reds, Steven Gerrard. Anglik będący żywą legendą ekipy z Anfield w bieżącej kampanii trafiał do siatki rywali zaledwie 7 razy (najsłabiej od sezonu 2011/12) i wydaje się to nieprawdopodobne, ale zaliczył zaledwie jedną asystę w całym ligowym sezonie! W wielu meczach zamiast być liderem zespołu, zawodził – m.in. nie potrafił pokonać bramkarzy z rzutów karnych (2 razy), czy też dostał rekordowo szybką czerwoną kartkę w 38. sekundzie gry po wejściu na boisku w meczu z Manchesterem United. Dodatkowo jest to ostatni sezon 34-letniego pomocnika w barwach The Reds. Od lata Gerrard będzie występował w amerykańskiej MLS, w Los Angeles Galaxy.

Przyszłość Brendana Rodgersa rysuje się w ciemnych barwach…

Rodgersowi zaczyna się palić grunt pod nogami. Na Anfield Road z każdym dniem znacząco ubywa jego zwolenników. Kibicom nie podoba się gra zespołu pod wodzą irlandzkiego trenera. Przed rozpoczęciem sobotniego meczu z QPR (wygrana Liverpoolu 2:1) nad stadionem The Reds widoczny był samolot z bardzo wymownym transparentem „Rodgers out, Rafa in”. Szkoleniowiec coraz częściej bywa porównywany do Rafaela Beniteza, który podczas swojej 6-letniej pracy z The Reds w latach 2004-10 zdobył aż 5 trofeów. Tymczasem za kadencji Rodgersa kibice nie mają wielu powodów do zadowolenia, a w klubowych gablotach nie znalazł się ani jeden nowy puchar. Czy Irlandczyk w kolejnych rozgrywkach dalej będzie zatem zasiadał za sterami klubu z miasta Beatlesów?

Źródło zdjęcia wyróżniającego: oficjalny fanpage Liverpoolu na Facebooku