Lewis Hamilton, trzeci raz z rzędu, został mistrzem świata Formuły 1. Grand Prix USA ułożyło się idealnie po jego myśli.

Patrycja w natarciu

Grand Prix USA w tym roku było wyjątkowe. Przez cały weekend padał rzęsisty deszcz. Był to efekt huraganu o dość wdzięcznym imieniu – Patrycja. Ciągłe opady powodowały ogromne problemy z przyczepnością oraz ograniczały widoczność kierowców. Kilkukrotnie sesje treningowe były przerywane. Apogeum problemów przypadło jednak na sobotę, kiedy to zwykle odbywa się sesja kwalifikacyjna. Niestety, warunki tego dnia znów były wyjątkowo niesprzyjające. Walka o pola startowe została zatem przeniesiona na niedzielny poranek. Oznaczało to, że kierowcy mieli zaledwie kilka godzin na odpoczynek i przygotowanie się do wyścigu. Co więcej, odbyły się tylko dwie sesje kwalifikacyjne (Q1 i Q2). Trzecia część nie mogła zostać rozegrana, gdyż ponownie zaatakowała Patrycja.

Teoretycznie deszcz nie jest wielkim problemem dla bolidów Formuły 1. Niestety nazwanie tego, co działo się w Austin, zwykłym deszczem, to tak jakby nazwać bolid F1 „samochodzikiem”. W Teksasie przez trzy dni była regularna nawałnica. Nie było mowy o założeniu opon typu slick nawet przez chwilę. Wszystko to spowodowało, że zespoły nie mogły przetestować ustawień bolidów na suchy tor. Było to szczególnie widoczne, gdy Patrycja wreszcie ustąpiła, czyli tuż przed początkiem wyścigu.

Sam wyścig odbywał się w bardzo zmiennych warunkach. Stopniowo przesychająca nawierzchnia z okrążenia na okrążenie stawała się zbyt ciepła dla opon na mokry tor. Niestety nasiąknięte wodą pobocza były potwornie śliskie, o czym boleśnie przekonał się Daniił Kvyat. Rosjanin na 43. okrążeniu najechał na sztuczną trawę, wpadł poślizg i rozbił bolid.

Idealne ustawienie

Lewis Hamilton startował z drugiego pola. Przed nim był tylko Nico Rosberg. Niemiec musiał uznać wyższość Brytyjczyka już w pierwszym zakręcie. Nie oddał jednak pola bez powodu. Hamilton zaatakował kolegę z zespołu dość bezpardonowo i po prostu… wypchnął go z trasy. Doszło nawet do lekkiego kontaktu, lecz delikatne bolidy F1 nie ucierpiały.

Co ciekawe, tytuł mistrzowski Hamiltona zależał od… Sebastiana Vettela! Przy założeniu, że Brytyjczyk wygra, Niemiec nie mógł być drugi. Na samym początku rywalizacji wydawało się to oczywiste. W Ferrari awarii uległ silnik. Ekipa musiała go wymienić, przez co Vettel spadł z 5. pola startowego na 15. Jak się jednak okazało, były mistrz świata dobrze spisywał się w zmiennych warunkach i stopniowo wyprzedzał kolejnych rywali. Rywalizację zakończył jednak jako 3. kierowca na mecie.

Za zdobycie tytułu mistrza świata Lewis Hamilton powinien podziękować… Rosbergowi. To on przez wiele okrążeń powstrzymywał kierowców Red Bulla, a w końcówce samego Vettela. Brytyjski kierowca zdobył tytuł po raz trzeci z rzędu, czyli wyrównał rekord takich sław jak: Nigel Mansell, Nicki Lauda, Nelson Piquet i Ayrton Senna.

Nieugięta matematyka

Grand Prix USA nie było ostatnią rundą tegorocznego sezonu. Przed nami jeszcze wyścigi w Meksyku, Brazylii i Abu Zabi. Do zdobycia pozostaje jeszcze tylko 75 punktów. Tymczasem Hamilton ma już 76 „oczek” przewagi nad drugim Vettelem i 80 nad trzecim w klasyfikacji Rosbergiem.

Zatem nawet gdyby Hamilton nie zapunktował już ani razu, a Vettel wygrałby wszystkie wyścigi, to Brytyjczyk wciąż będzie miał ten magiczny punkt przewagi. Co więcej, Lewis jest zbyt ambitny, aby odpuścić końcówkę sezonu. Choć kolejne „oczka” to dla niego tylko sprawa honoru, to jednak mało kto wierzy, że Brytyjczyk daruje sobie dalszą rywalizację na poważnie.

To nie koniec emocji w Formule 1

Skoro znamy już nowego-starego mistrza świata, to po co dalej śledzić zmagania kierowców królowej sportów motorowych? Przede wszystkim po to, aby emocjonować się zmaganiami innej pary doskonałych kierowców: Rosberg-Vettel. Obaj panowie wciąż są bardzo głodni zwycięstw. Dodatkowo Sebastian będzie chciał „odbić sobie” bardzo słaby sezon 2014. Chociaż już mistrzem na pewno nie zostanie, to rywalizacja o drugie miejsce wciąż nie została zakończona.

Z drugiej strony mamy Nico Rosberga, który nigdy do tej pory nie był mistrzem globu. Teraz, gdy jego kolega z zespołu nie musi już wygrywać, to Niemiec może, teoretycznie, liczyć na jego pomoc. Dodatkowo rozchodzi się o ambicje Mercedesa. Zespół uważa się za najważniejszego gracza w całej stawce Formuły 1 i z pewnością będzie chciał mieć u siebie kierowców numer 1 i 2. Tu już nawet nie chodzi o honor, lecz o pieniądze. Łatwiej zdobyć nowych sponsorów, gdy ma się w garażu najlepszych z najlepszych. Aczkolwiek to, że Lewis Hamilton pomoże w czymś Nico Rosbergowi jest równie prawdopodobnie jak grudniowe upały w Polsce.

2 KOMENTARZE

Zostaw odpowiedź