Barcelona zrealizowała swój plan w 100 proc. i odniosła zwycięstwo 2:1 w pierwszym spotkaniu 1/8 finału Ligi Mistrzów na trudnym terenie w błękitnej części Manchesteru. Podopieczni Manuela Pellegriniego przez większą część meczu byli tylko tłem dla doskonale zorganizowanej i skutecznej Blaugrany. Jakie błędy popełnili „Obywatele” i co było kluczem do zwycięstwa Barcy?

Manchester City nie miał instynktu drapieżcy, który poluje na swoją ofiarę, a sam stał się zwierzyną. Barcelona szybko, bo w ciągu pierwszych 30 minut zaaplikowała im dwie bramki, obie autorstwa Luisa Suareza, dla którego był to sentymentalny powrót na angielskie boiska. W poprzednich latach Urugwajczyk występował bowiem w barwach Liverpoolu i wiele razy miał okazję grać na Etihad Stadium, ale aż do wczoraj ani razu nie udało mu się na tym obiekcie trafić do siatki.

Po pierwsze

Zespół Manchesteru City zaprezentował fatalny styl, bez większego pomysłu i wizji. Ponadto źle została dobrana taktyka przez Pellegriniego, który zbyt odważnie i otwarcie podszedł do tej konfrontacji – z dwoma napastnikami: Edinem Dżeko oraz Sergio Aguero. Ta strategia zgubiła go, bowiem zbyt ofensywne ustawienie było gwoździem do trumny Obywateli. Zastanawiała nieobecność w linii pomocy Brazylijczyka Fernandinho – świetnego defensywnego pomocnika od przerywania akcji, a sam Fernando, mający obowiązki w destrukcji, to było za mało na rozpędzoną barcelońską maszynkę.

W oczy szczególnie rzucała się i szokowała bierność piłkarzy Manuela Pellegriniego, którzy nie wykazywali w pierwszej połowie żadnej inicjatywy, aby jak najszybciej odzyskać piłkę po jej stracie. Środkowa linia pomocy Manchesteru było bardzo mało ruchliwa, żeby nie napisać, że poruszała się w ślamazarnym tempie.

Ponadto zadziwiającym i bardzo zastanawiającym faktem było to, że pomocnicy City razili nieudanymi zagraniami, a także prezentowali bardzo niską efektywność wygrywania pojedynków i dokonywania odbiorów. Wiele pozostawiała do życzenia także skuteczność oraz znikoma liczba kreowanych sytuacji podbramkowych. Obywatele pierwszy raz zagrozili bramce strzeżonej przez Andre Ter Stegena dopiero w 45. minucie, oddając jedyne celne uderzenie w tej części meczu!

Po drugie

Słaba gra defensorów City, którzy popełniali proste błędy i dopuszczali łatwo Barcelonę we własny obręb pola karnego. Brylował w tym zwłaszcza kapitan zespołu Vincent Kompany, który przecież ma ogromne doświadczenie, nie tylko na niwie klubowej, ale także narodowej. Reprezentant Belgii miał trochę pecha przy swojej interwencji i sytuacji zakończonej golem na 1:0 dla Barcelony, ale nie zmienia to faktu, ze powinien zachować się lepiej i wybić piłkę spod nóg Suareza. Drugim graczem, który zagrał znacznie poniżej swojego normalnego poziomy był Pablo Zabaleta. W ostatnich sekundach spotkania Argentyńczyk sfaulował w polu karnym swojego rodaka, Leo Messiego. Na szczęście dla City „Atomowa Pchła” spudłowała z jedenastu metrów, a jego dobitka była także nieskuteczna. Gdyby to uczynił, to emocji w rewanżu 18 marca nie byłoby już żadnych, chociaż w mojej ocenie konfrontacja jest już i tak praktycznie rozstrzygnięta. Zawiódł także Gael Clichy, który nie dość, że notował bardzo nieudane dośrodkowania, to jeszcze musiał przedwcześnie opuścić boisko z powodu dwóch żółtych kartek i w konsekwencji czerwonej. Francuz w rewanżu zatem nie wystąpi.

Po trzecie

Kluczem do wygranej Barcelony było całkowite zdominowanie środka pola. Linia pomocy Manchesteru City była bardzo mało aktywna, praktycznie niewidoczna. Widać było brak Yayi Toure, czyli jednego z najlepszych pomocników Obywateli, który musiał pauzować za czerwoną kartkę otrzymaną jeszcze w rozgrywkach grupowych. Cieniem samego siebie byli przede wszystkim zawodnicy wyróżniający się w rozgrywkach Premier League, czyli David Silva oraz Samir Nasri. Obaj w pierwszej połowie meczu byli statystami i można powiedzieć, że przeszli obok meczu. W drugiej wyglądało to trochę lepiej, ale na przyzwoitym poziomie zawodnicy City zagrali zaledwie przez 20 minut, a to trochę za mało, aby pokusić się o coś więcej, niż strzelenie honorowego gola autorstwa Sergio Aguero, który był jedynym zawodnikiem Obywateli mającym ochotę do gry. Szkoda tylko, że tego wieczora nie miał ani jednego kompana, który dostroiłby się do jego poziomu.

Po czwarte

Blaugrana w pierwszej połowie w pełni kontrolowała wydarzenia na boisku w Manchesterze, nie pozostawiając żadnych złudzeń, który zespół jest lepszy. Swoboda, gracja, płynność i szybkie przechodzenie z obrony do ataku, a także wysoki poziom zaawansowania technicznego zawodników Luisa Enrique był bardzo widoczny. Katalończycy co najmniej o klasę, jeśli nie o dwie, przerastali i momentami wręcz ośmieszali graczy City, nie tylko sztuczkami technicznymi – przerzucenie piętką piłki przez Ivana Rakiticia nad Clichym, czy też siatka Messiego założona jednemu z zawodników City, ale także cały czas pokazywali się do gry, byli w ciągłym ruchu do piłki, a także stosowali przy tym pressing, który kończył się natychmiastowym odbiorem piłki.

Manchester City grał z kolei zbyt statycznie, wolno i przewidywalnie. Jakby już byli pogodzeni z porażką w trakcie meczu. Pellegrini nie wyciągnął żadnych wniosków z dwumeczu z Barcą sprzed roku. Wczoraj przewaga Blaugrany była jeszcze bardziej wyraźna, momentami przygniatająca. W drugiej połowie, przy prowadzeniu Katalończyków 2-0, w ich poczynania wkradło się trochę rozluźnienia, co City potrafiło wykorzystać tylko w połowiczny sposób. Obywateli było stać jedynie na bramkę honorową, ale w pierwszych 15 minutach drugiej polowy udowodnili, że mają bardzo duży potencjał i jeśli chcą, to potrafią poważnie zagrozić bramce Barcelony.

Po piąte

W taktyce Barcy najbardziej zaskoczyła mnie pozycja i ustawienie na boisku Leo Messiego, który często wcielał się w rolę defensywnego pomocnika, odbierając piłkę przeciwnikom na 30. metrze od swojej bramki! W samej pierwszej połowie zaliczył co najmniej 4 przechwyty, a ponadto operował piłką z niesamowitą precyzją i dogrywał do partnerów na przysłowiowy nos. Argentyńczyk był rozgrywającym pełną gębą, w pierwszej połowie mającym więcej zadań defensywnych niż ofensywnych. Ze swojej roli wywiązywał się znakomicie, ponieważ konstruował akcję z wielką swobodą i na pełnej szybkości. Miał duży udział przy drugim golu, kiedy dograł piłkę na skrzydło do Jordiego Alby, którego podania nie mógł zmarnować Luis Suarez.

Podsumowując, Barcelona odniosła w pełnie zasłużoną wygraną i jedną nogą jest już w ćwierćfinale LM. Sytuacja Blaugrany przed rewanżem, który zostanie rozegrany 18 marca na Camp Nou, byłaby jeszcze bardziej komfortowa, a losy rywalizacji prawdopodobnie definitywnie rozstrzygnięte, gdyby nie przestrzelony karny Messiego w 94. minucie.

Zastanawiającym i w zasadzie jedynym problemem Barcy, który powinien dawać do myślenia, była irytacja Daniego Alvesa. Brazylijczyk tuż po zejściu z boiska w 74. minucie nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy i pogodzić się z tym, że trener zdjął go z murawy. Swoją manifestację złości pokazał w skandaliczny sposób – kopiąc z całej siły w bidon z wodą. Z kolei Leo Messi po zmarnowaniu jedenastki wściekły schodził z boiska i prawdopodobnie całą noc rozpamiętywał niewykorzystanego karnego, a także dobitki.

Jeśli chodzi o grę Manchesteru City, to wydaje się, że angielski zespół cały czas nie dorósł do gry na najwyższym poziomie LM. W pierwszym meczu 1/8 finału najważniejszych klubowych rozgrywek w Europie był bezsilny i bezradny, niczym małe dziecko. Obywatele zapłacili za zbyt asekuranckie podejście, a także zachowawczą i statyczną grą, pomimo wystawienia dwóch napastników, którzy w pierwszej połowie nie stworzyli choćby jednej sytuacji do zdobycia bramki. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale mając w swoich szeregach zawodników klasy światowej, zarabiających po 100 tys. funtów tygodniowo i doświadczonych na arenie międzynarodowej, nie potrafią wciąż wydobyć swojego potencjału i nawiązać równej walki z Barceloną.

1 KOMENTARZ

Zostaw odpowiedź